Łowcy cieni

W Polsce jest dużo legalnej broni. To nieprawda, że dostęp do niej jest szczególnie trudny nadkomisarz Agnieszka Lisowska – 14 lat służby, Centralne Biuro Śledcze Policji

Rozmawia Katarzyna Puzyńska

Katarzyna Puzyńska fot. www.katarzynapuzynska.pl

Czy w naszym kraju jest nielegalna broń? Stykacie się ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, więc pewnie tak.
– Jest. Mój telefon jest zawalony zdjęciami takiej broni. Bardzo dużo przerabiane jest z gazówek. Różne są konfiguracje. Jeżeli ktoś chce broń mieć, zarówno legalną, jak i nielegalną, to nie ma, niestety, problemu. W Polsce jest dużo legalnej broni. To nieprawda, że dostęp do niej jest jakoś szczególnie trudny. Jeżeli chciałabyś, to nie miałabyś kłopotu z pozwoleniem. Prym wiodą chyba myśliwi, którzy mają po kilkadziesiąt jednostek broni palnej.
Niektórzy krzyczą, że powinna być liberalizacja ustawy o broni i amunicji. Ja uważam, że to byłby bardzo duży błąd. (…) Nie wiem, czy nasze społeczeństwo, ani czy jakiekolwiek społeczeństwo, do tego dorosło. (…)

Służbową broń zabierasz do domu?
– Ja nie. Trzymam ją w szafie w swoim pokoju w pracy. Ustawa jest tak skonstruowana, że możemy mieć ją w domu, ale sporo osób pisze do komendanta, że prosi o wyrażenie zgody na przechowywanie broni w pokoju numer taki, w szafie pancernej numer taki. Mogłabym ją trzymać w domu. Tylko po co? Żeby mieć problem? Żebym cały czas musiała z tyłu głowy myśleć, że cholera, mam tę broń? (…)

CBŚP kojarzy się też z podsłuchami.
– Ludziom się wydaje, że podsłuchiwanie jest fajne. Wow, możesz kogoś słuchać! Ale zacznijmy od tego, że założenie podsłuchu to wcale nie jest taka prosta sprawa. To naprawdę skomplikowana procedura. Trzeba najpierw wykonać szereg czynności. Więc bez obaw, to nie tak, że policjanci wszystkich słuchają. Przy naprawdę newralgicznych sprawach, takich, które się dzieją na gorąco, musisz jako policjant prowadzący osobiście jeździć i robić te odsłuchy. Na początku może i jest to fajne, ale z czasem robi się trochę inaczej. Bo np. słuchasz trzecią godzinę, jak ktoś opowiada o remoncie łazienki. Ale musisz tego wszystkiego odsłuchać, bo w trakcie głupiej rozmowy może trafić się coś istotnego. Słuchasz cały czas, któryś dzień z rzędu. Na przykład w sobotę, niedzielę jedziesz i słuchasz, jak ktoś gada bzdury. To, powiem szczerze, nie jest już fajne. Ludziom się wydaje, że my zaczynamy słuchać, i już na pierwszym nagraniu ktoś mówi: „Jadę z tą kokainą. Będę tu i tu”. No niestety.
W pewnym momencie masz wrażenie, że znalazłaś się w lekkim matriksie, bo nagle żyjesz życiem kogoś innego. Naprawdę można bardzo dobrze poznać osobę przez to, z kim ona rozmawia, jak rozmawia, ale na dłuższą metę to nieciekawe. W każdym razie faktycznie – podsłuchy zdarzają się w CBŚP dosyć często.

Zdarzyło się wam dzięki nim odkryć coś przez przypadek? Gdy podsłuch założono w związku z zupełnie inną sprawą?
– Na przykład jeden pan opowiedział o zabójstwie do tamtej pory niewykrytym. Pokrzywdzonego zastrzelono, a ten bandzior powiedział wtedy, gdzie jest ukryta broń. Był więc punkt zaczepienia. Potem okazało się, że to większa międzynarodowa afera. Jak widać, z takich przypadków wychodzą nieraz bardzo ciekawe sprawy. Okazało się, że ta broń została nielegalnie sprowadzona z zagranicy. Oficerowie łącznikowi stamtąd naprawdę robią bardzo dużo i nam pomagają.
To też jedna z rzeczy, która różni CBŚP od innych jednostek. Bardzo dużo spraw międzynarodowych. (…)

„Łowcy cieni”. Kim oni właściwie są?
– To Wydział Operacji Pościgowych. Ci od np. Kajetana P. [oskarżonego o brutalne zamordowanie nauczycielki włoskiego; został odnaleziony na Malcie]. Jeżdżą – również po całym świecie – i szukają osób, najczęściej takich poszukiwanych już od dłuższego czasu. Mają bardzo zaawansowane metody pracy operacyjnej. Muszą się zawziąć i postawić sobie za cel, że kogoś znajdą. Ludzie zmieniają wizerunek, miejsce zamieszkania. Bardzo ciekawa praca. Ten wydział jest okryty sławą, chyba największą w CBŚP. Każdy chciałby być „łowcą cieni”.

Ty też? Właściwie gdzie ty teraz jesteś?
– Teraz w ekonomii. Ale nie na długo. Takie tam, wiesz, VAT-y, fajki itd. „Ręce do góry, dawaj faktury!”. Ekonomia mnie nie kręci. Ale powiem ci szczerze, nie wiem, co bym chciała robić dalej. Biję się z myślami. Na pewno coś bardziej w stronę kryminału.
Chociaż w dzisiejszych czasach statystykę w policji robią właśnie faktury. I narkotyki. To najbardziej prężnie rozwijające się działalności przestępcze w naszym kraju. Gigantyczne pieniądze. W ekonomii np. są to głównie nielegalne fabryki papierosów. Bo trochę z paliwem się skończyło. A z papierosami to jest tak, że przy nich jest odpowiedzialność karna z kodeksu karnego skarbowego. W przeciwieństwie do narkotyków, gdzie masz ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, czyli coś poważniejszego.
Zobacz, jak to działa psychologicznie: produkujesz sobie te papierosy, zarabiasz dobrze i przede wszystkim masz poczucie, że nie robisz nic złego. Państwo nie dało ci pracy, a tu ci Kowalski czy Nowak dobrze płacą. A że papierosy? Palą przecież wszyscy. Przecież od tego się nie umiera, jak od narkotyków czy dopalaczy. Może ja tak tę ekonomię źle przedstawiłam na początku. Jest bardzo ważna, bo skarb państwa bardzo dużo traci na takiej lewej produkcji. I trudno jest wykryć coś takiego, bo te fabryki są dosyć dobrze zamaskowane. No i dochodzi jeszcze solidarność zaangażowanych w nie osób. (…)

A jak w ogóle trafiłaś do CBŚP?
– Przedtem pracowałam w Wydziale Kryminalnym i stamtąd trafiłam. Trochę przez przypadek, bo potrzebowali kogoś z angielskim, a ja mówię po angielsku bardzo dobrze. Generalnie przedtem pracowałam w kilku jednostkach. Zaczynałam najniżej, czyli na komisariacie, w jednym z dużych miast. I powiem ci, że jakby mnie ktoś zapytał, gdzie była najcięższa robota, to właśnie na komisariacie. W dochodzeniówce. Pracowałam tam jeszcze przed służbą operacyjną. Masakra. Choć uważam, że tamta praca nauczyła mnie najwięcej. (…)
Większość klientów dochodzeniówki, tak jak prewencji, nie pachnie ładnie. Ale nawet w ekonomii, już tu, w CBŚP, są przecież tzw. sprawy na słupa. Jak ktoś jest mózgiem piramidy finansowej, to przecież nie ma konta na siebie. Umyje takiego pana, ubierze go, zaprowadzi do banku, da tysiąc złotych i ma konto na niego. Bardzo często pracujemy z takimi ludźmi. Nawet w CBŚP.
Albo np. wchodzisz na realizację do mieszkania. A właściwie lepiej powiedzieć: na melinę. Stoisz i tylko patrzysz, żeby nic na ciebie nie skoczyło. Jakiś robak. Bo tam jest tego pełno. Społeczeństwo tego nie wie. I to jest takie cholernie przykre, bo jak pomyślisz, że musisz potem iść do domu i przytulić dziecko…
Generalnie policjant jest pozostawiony sam sobie, jeśli o to chodzi. (…) Nieraz się zdarza, że ktoś przecieka przez sufit. Ale wtedy to już sanepid wchodzi. A sanepid ma zdecydowanie większe możliwości – jeśli chodzi o ochronę – w kontakcie z takim trupem. Oni mają np. maseczki. (…)

Myślałam, że dochodzeniowcy nie wychodzą za często w tzw. teren.
– Oczywiście, że wychodzą. Na tamtym komisariacie prowadziłam takie sprawy wnuczków. To znaczy wyłudzenia na wnuczka. To bardzo smutny rodzaj przestępstw. Bardzo wielu Polaków starszego pokolenia, nasze babcie, dziadkowie, oni oszczędzają pieniądze na starość, dla wnuków, dla dzieci. Żyją o kromce chleba z margaryną, bo nawet nie z masłem. A ktoś ich tak oszukuje! Jak prowadziłam takie sprawy, to bardzo często musiałam chodzić w teren i dosłuchiwać, bo oni bardzo często nie byli w stanie przyjść na komisariat. Ta cała trauma, to wszystko.
Jeżeli są jakieś zabezpieczenia, różne mecze, to policjanci z dochodzeniówki też w nich czasem biorą udział. W tych żółwikach [tzw. żółw albo żółwik, czyli sprzęt podwyższonego zagrożenia: kamizelka, ochraniacze na golenie i kolana, kask, dodatkowo pałka szturmowa i tarcza]. Albo takie patrole, że operacyjnie jeździsz po mieście. Albo normalnie, po prostu w mundurze.
Na niektórych komisariatach nikt nie ma z tym problemu, że policjant z dochodzeniówki czy z kryminalnego zakłada mundur. Zdarza się tak. Dlatego nie zgodzę się, że dochodzeniówka jest raz, że gorsza, dwa, że mniej naraża policjanta. Co więcej, dochodzeniówka to był najcięższy okres w mojej pracy. Ale najwięcej mnie nauczył. I z perspektywy tych 14 lat w służbie wiem, że jeśli ktoś przeszedł przez dochodzeniówkę na komisariacie w dużym mieście, to sobie da radę wszędzie.
Pamiętam taką sprawę z czasów dochodzeniówki. To było zabójstwo. Ja tam byłam na oględzinach.
Przy napadzie na sklep doszło do szarpaniny. Ofiarą był złodziej. Właściciel sklepu taki roztrzęsiony. Zupełnie niepotrzebnie bronił za wszelką cenę mienia i doszło do tragedii. Przekroczenie granic obrony koniecznej. Nie do końca typowe, bo ten złodziej miał atrapę broni. Przyjechali policjanci z wyższych jednostek, kryminalni z komendy wojewódzkiej. Ja byłam z komisariatu, więc de facto tylko im pomagałam. Oni sprawdzali cały background. Prokurator też przyjechał, więc wszystko było tak, jak miało być. Ale do tej pory pamiętam, że to było takie… No, to nie powinno było się wydarzyć. Nie musiało. (…)
Przez pewien czas dostawałam kwiaty. Na komisariat. Ale to była masakra. Nagle dyżurny woła mnie i mówi, że ktoś coś dla mnie przyniósł. To schodzę. A tam bukiet, 21 róż. Na bileciku, że „Dla Agnieszki”. „Ale co to jest?”, pytam. „No przyniósł kurier z poczty kwiatowej i poszedł”. „Ale jak to: poszedł? Nie zapytałeś, od kogo te kwiatki?”. Trochę byłam zdziwiona, ale postawiłam je u siebie w pokoju. Siedziałam wtedy z takim starym Władkiem. A on tak patrzy na ten bukiet róż i mówi: „Boże, ile to puszek piwa!”.
Tych bukietów w końcu chyba dostałam z pięć. I w pewnym momencie komendant zaczął mówić, że chyba zaraz mnie ktoś uprowadzi. (…) Powiedziałam dyżurnemu, że jest zakaz przyjmowania jakichkolwiek kwiatków dla mnie. Wiesz, jak to kobieta – z jednej strony połechtana próżność, ale też zaczynasz się zastanawiać, o co chodzi.

A ostatecznie dowiedziałaś się, od kogo to było?
– Ostatecznie przyszedł liścik z numerem telefonu i zadzwoniłam. Umówiłam się. Oczywiście w miejscu megapublicznym i oczywiście miałam zaplecze. Bo nie wiedziałam, kto to jest, a chciałam jakoś tę sytuację zakończyć. To był biznesmen, człowiek całkowicie z innej bajki niż ja. Był na komisariacie z kolegą, jak ten kolega coś tam zgłaszał. Wtedy mnie zobaczył i mu się spodobałam.

Ale on był normalny, że tak powiem?
– Tak. Nie był freakiem. Ale naprawdę z zupełnie innej bajki. Widzieliśmy się raz. Było miło, sympatycznie, i tyle. (…)

Ufasz w pracy intuicji?
– Trzeba mieć nosa. Intuicji, czy takiej czutce, czy jak to zwał. To też jest ważne. Ja nie mówię, że trzeba ślepo za tym iść, ale jak coś ci mówi: zostańmy pięć minut dłużej, np. na jakiejś obserwacji, to się może akurat udać. Czasem też trzeba mieć fart. Bo nieraz jeździsz 10 razy pod jeden adres i nic. A czasem pojedziesz raz i zaskoczy! No ale oczywiście trzeba też myśleć. I czasem trochę kombinować.
Mieliśmy taką sprawę z kolegą, że chcieliśmy porozmawiać z pewną panią. To była ekskluzywna prostytutka. Wiedzieliśmy, gdzie mieszka i w ogóle. Zamknięte osiedle. Standard taki, że szczena opada. Zaczęliśmy w internecie grzebać. No i patrzymy – wyświetla się nam, że pani chce garaż wynająć. Dzwonimy.
Legenda była taka, że ja i kolega jesteśmy małżeństwem, mieszkamy w tym samym bloku, co ona, i chcemy od niej ten garaż wynająć. Bo jak jest dziewczyna i chłopak, to najczęściej odgrywa się parę albo małżeństwo. Po chwili rozmowy powiedzieliśmy pani, po co tak naprawdę przyszliśmy. Pani się lekko zgrzała.
Ale z drugiej strony patrz – ona była sama, a wpuściła dwoje obcych ludzi do mieszkania. My przyszliśmy w dobrej wierze, ale pomyśl o nauczycielce, którą zabił Kajetan P. Ścigali go „łowcy cieni”. (…) Tamta dziewczyna mieszkała, zdaje się, ze współlokatorką. Czemu nie powiedziała: „Słuchaj, przychodzi do mnie koleś. Pierwszy raz. Weź, proszę cię, siedź w pokoju obok”? Zapraszanie obcych ludzi może się skończyć tragicznie. Społeczeństwo powinno być uświadamiane. (…) Nie chcę powiedzieć, że ludzie z natury są źli, ale należy zawsze mieć dystans. W pracy się tego nauczyłam. (…)

Jakieś przesłuchanie zapamiętałaś szczególnie?
– To była moja ostatnia sprawa, jeszcze w dochodzeniówce, dawno. Ale wciąż jestem z niej dumna. Miałam dyżur zdarzeniowy. Już wiedziałam, że będę przechodzić do innej jednostki, więc większość spraw pozamykałam. Nie miałam szafy, z której wysypywały się akta, jak to z reguły bywa w dochodzeniówce. Słowem: miałam trochę więcej czasu. I tylko dlatego tak dobrze poszło. Typowa sprawa, rozbój. Portfel i komórka. No i ja miałam dyżur. Nawet nie dyżur, tylko zetkę. Bo jest jeszcze coś takiego jak zetka. Polega na tym, że jak np. dzień wcześniej policjanci prewencji przywiozą naje… pana, który się znęcał nad żoną, to (…) na drugi dzień obrabiasz zatrzymanego. Przesłuchujesz całą klatkę. Wszyscy mówią, że nic nie słyszeli. Po czym żona przychodzi i mówi, że go kocha i żebyśmy go wypuścili.
Zetka, znęty, alimenty. To najgorsza część pracy dochodzeniowca. Przynajmniej w moim odczuciu. No więc mam tę zetkę. I dzwoni do mnie naczelnik, że kolega zaraz przyniesie mi kwity, a ja mam przesłuchać gościa na świadka. Z uprzedzeniem. Że później może być podejrzany, choć generalnie najczęściej guzik z tego wynika. A w protokole było jasno napisane, że poszkodowany nie rozpozna sprawcy. Że nie wie, kto to jest, i nie jest w stanie. (…) Żaden z kolegów nie sądził, że cokolwiek z tego wyjdzie. To miało być do umorzenia. Ale przyprowadzono mi tego sprawcę. Taki młody siurek. A ja pomyślałam: a zobaczymy.
Biorę ten protokół i niby czytam temu gościowi zeznania pokrzywdzonego: „Byłbym w stanie rozpoznać sprawcę”. I tak patrzę na tego gościa, i niby dalej czytam, że blondyn taki i taki. Czyli opisuję go po prostu. I mówię do niego, że najlepiej się przyznać. Trzy trzy pięć [art. 335 Kodeksu postępowania karnego] będzie, czyli dobrowolne poddanie się karze. I pytam, gdzie są fanty. I on się przyznał. Jeszcze premię za to dostałam. A to wszystko tylko dlatego, że miałam na to czas. (…)

Masz swoje metody, żeby w trakcie przesłuchania rozpoznać, że ktoś kłamie?
– Każde przesłuchanie zaczyna się od takiej fazy swobodnej wypowiedzi. Czyli ty mówisz: „No wie pani, wezwałam panią w sprawie takiej i takiej”. No i ona ci mówi, co chce. Wtedy mniej więcej widzisz, jak ten ktoś się zachowuje. I są oczywiście konkretne metody. Tego uczymy się na kursach. Ale wszystko zależy od sprawy, od osoby. Też od policjanta. Od tego, jaki ma dzień – zeznający czy wyjaśniający. Bo przesłuchujemy nie tylko podejrzanych, ale i świadków. Czasem bywa naprawdę ciężko. Bo kogoś przesłuchujesz już piątą godzinę i jest środek nocy. (…) A ludzie różnie się zachowują. (…)

Miałaś kiedykolwiek sytuację, że płeć w jakikolwiek sposób zadziałała na twoją niekorzyść? Mam na myśli kontekst seksualny.
– Tak, miałam coś takiego. To znaczy: to może się zdarzyć w różnych kontekstach. Bo i podejrzany, i świadek mogą powiedzieć: „A pani to…” i robić różne sugestie. Zwłaszcza jak jest młoda policjantka, zaraz walą jakieś teksty. No i niestety może cię to spotkać i ze strony przełożonego. Nie tylko zresztą w policji. Są ludzie i ludzie. Ale to jest, moim zdaniem, kwestia ustawienia relacji. Chociaż z przykrością stwierdzam, że kobieta w takich sytuacjach jest przegrana.
W jednej z poprzednich jednostek musiałam radzić sobie z podtekstami mojego naczelnika. Nie dość, że był babiarzem, to w dodatku kolegą komendanta. Po tym, jak zdecydowanie odrzuciłam jego zaloty, zostałam czasowo przeniesiona. Centralnie po złości. Porażka na maksa. Jakoś z tego wybrnęłam, ale sytuacja była dramatyczna. Po nocach spać nie mogłam. Staram się wymazać z pamięci ten epizod z mojej służby. Na szczęście nie mam już kontaktu z tamtymi ludźmi. Tak, kobieta jest w takich sytuacjach na straconej pozycji.
To bardzo krzywdzące dla policjantek. Bo każdy uważa, że jak kobieta awansuje, to łóżko. Tylko i wyłącznie przez łóżko. Nie że sama sobie na to zapracowała. I to gadanie: „Taaak, kobietom jest łatwo awansować, zaraz uciekają za biurko”. Okej, ale ja zadam inne pytanie: ile kobiet było komendantami głównymi policji? Ile kobiet jest dyrektorami biur? Garstka. Więc gdzie to łatwiej, o którym wszyscy tak trąbią?

Są jeszcze jakieś krzywdzące stereotypy o policjantkach?
– Na przykład gadanie: „Ooo, zaciążyła i sobie na zwolnienie pójdzie. A potem to sobie będzie dzieciaka wychowywać na urlopie”. No ale przepraszam bardzo, czy żona tego pana policjanta, co gada, nie wychowuje dzieci? Kobiety w policji mają trudno, godzą dzieciaka ze służbą. Tak samo jak we wszystkich służbach mundurowych. To mocno męskie zawody. A kobieta musi udowadniać, że jest tak samo dobra jak kolega z patrolu.

Służba w policji jest w ogóle trudna do pogodzenia z życiem rodzinnym. Nie tylko w przypadku kobiet. Wszyscy policjanci mi o tym mówią.
– Tak. Dyżury. Nadgodziny. To, że jednak jest niebezpiecznie. To wszystko, co widzisz na służbie, z czym się stykasz.

Czy twoim zdaniem wśród kobiet w policji jest solidarność?
– To zależy. Znam takie, które pomagają sobie, ale i takie, pod którymi w życiu nie chciałabym pracować. Bo jeśli już dochodzi do zgrzytu, kobiety chyba są bardziej wyrafinowane w swojej przemocy. Tak to nazwijmy. Bo facet z facetem to sobie powiedzą parę kurew, dadzą sobie po pysku, ale zaraz idą na piwo i jest po temacie. A kobiety jednak nie. Może to wynika z tego, że kobiet jest mniej w policji, że im trudniej? Że one muszą tak jakoś bardziej walczyć o wszystko?

Twój mąż też jest policjantem. To łatwiej czy trudniej?
– Uważam, że trudniej. Chociażby dlatego, że się gada o pracy. Chociaż akurat ja ucinam te tematy. Nie chcę mówić o pracy w domu. Ja tam swoją lubię, ale nie aż tak bardzo, żeby nią żyć. Jest bardzo dużo policjantów, zwłaszcza starszych, którzy nie widzą życia poza policją. Odchodzą na zasłużoną emeryturę, trzy miesiące i umierają. I wszyscy się zastanawiają dlaczego. (…) Skończyła się praca, skończyło się życie. Wylew, zawał. Dużo nie potrzeba.
Uważam, że to duży problem części policjantów. Że brak takiego czegoś poza policją. Bo uważam, że w życiu musisz mieć pracę, która jest ważna – niewątpliwie jest ważna – ale musisz też mieć coś jeszcze. Nie wiem, lubisz biegać, wędkować, piec ciasta, nawet szydełkować. Coś innego. Dlatego właśnie nie lubię gadać o pracy w domu. (…)

Rozmowa z książki
Katarzyny Puzyńskiej
Policjanci bez munduru, Prószyński i S-ka,
Warszawa 2019

Źródło Tygodnik Przegląd

Leave a Comment