Wywiad PRL w Australii – cz. 1

Powstanie komórek wywiadowczych w Sydney i w Canberze

Podstawową zasadą funkcjonowania wywiadu (cywilnego) PRL było tworzenie przy polskich placówkach dyplomatycznych, rozsianych po całym świecie, komórek wywiadowczych. W ważniejszych lokalizacjach były to wieloetatowe rezydentury, w mniej istotnych – tzw. punkty operacyjne. Takie komórki nie funkcjonowały jednak wszędzie: moce przerobowe wywiadu były ograniczone, więc w wielu „egzotycznych” miejscach wywiad nie miał stałych przyczółków. Jednym z nich była Australia. Do czasu.

Przez wiele lat Australia i „ludowa” Polska ani nie utrzymywały bliskich kontaktów dyplomatycznych (oficjalne powojenne relacje dyplomatyczne na szczeblu ambasad zostały nawiązane dopiero 20 lutego 1972 r.), ani nie budziły większego wzajemnego zainteresowania wywiadowczego. W 1973 r. australijski kontrwywiad ASIO planował co prawda wysłanie dodatkowego oficera do Londynu (w tym czasie stamtąd „obsługiwano” relacje z PRL), który zająłby się sprawami polskimi, ale pomysł uznano za niepotrzebny. Z kolei – jak ustalił najlepszy w Polsce znawca historii wywiadu PRL dr Witold Bagieński z IPN – jeszcze w 1966 r. podjęto próbę zorganizowania w Sydney komórki wywiadowczej o kryptonimie „Rafy”.  Bezpośrednim impulsem tej decyzji była ucieczka dwóch pracowników Konsulatu Generalnego. Na Antypody wybrał się jeden z oficerów w celu zorientowania się w możliwościach działania. Ostatecznie jednak stwierdził, że Australia nie jest ciekawym obiektem pracy operacyjnej.

Sytuacja zmieniła się po narodzinach „Solidarności” i wprowadzeniu stanu wojennego. Ponad 20-tysięczna grupa emigrantów z PRL, która w wyniku tych wydarzeń znalazła się w następnych latach w Australii, a co więcej – zaczęła organizować różnego typu inicjatywy prosolidarnościowe – zmusiła służby wywiadowcze (a ściślej: Departament I MSW) do ponownego zainteresowania się tym terenem. Warto jednak odnotować, że zainteresowanie to było mimo wszystko ograniczone: nigdy nie powstała tu „klasyczna” rezydentura: przy konsulacie generalnym w Sydney stworzono za to jednoosobowy punkt operacyjny, w Canberze zaś działało ogniwo wywiadu. Zgodnie z ówczesną praktyką Deparamentu I MSW, punkt i ogniwo operacyjne tworzyli oficerowie zatrudnieni oficjalnie na stanowisku szyfranta. W przypadku sydnejskiego konsulatu łączyli to z pracą na etacie wicekonsula. Już same te oficjalne zadania były – zgodnie zresztą z normami międzynarodowymi – chronione i utajnione: szyfranci odpowiadali za kodowanie informacji wysyłanych przez placówkę do warszawskiej centrali i odczytywanie szyfrogramów stamtąd napływających. Stanowiły również dobrą „legendę” do działalności wywiadowczej.

Trudno jest dokładnie odtworzyć okoliczności utworzenia komórek operacyjnych w Canberze i Sydney. Pewne światło na ten problem rzuciły oddtajnione niedawno dokumenty pochodzące z tzw. zbioru zastrzeżonego IPN. Wiadomo, że dopiero pod koniec 1984 r. do Konsulatu Generalnego PRL w Sydney przyjechał, jako wicekonsul-szyfrant, 32-letni por. Janusz Muszyński (inspektor Wydziału X Departamentu I MSW), używający pseudonimu „Waz”. Jego celem było zorganizowanie punktu operacyjnego o kryptonimie „Timor” (następnie „Jarsy”).

Wniosek o utworzenie punktu złożył w sierpniu 1984 r. zastępca naczelnika Wydziału X Departamentu I MSW płk. Stanisław Streja. Wydzial ten zajmował się głównie „kontrwywiadem zagranicznym”. Streja podał cztery argumenty uzasadniające tę decyzję:

„1. W latach 1981–82 do Australii wyemigrowało z Polski […] około 15 tysięcy obywateli PRL. W Sydney, przy pomocy organizacyjnej i finansowej starej emigracji politycznej powstały struktury «Solidarności», tworząc programy pomocy ośrodkom krajowej opozycji (kanały przerzutu, kurierzy, szkolenie ludzi do dywersji i sabotażu).

2. Posiadamy informacje, że służby specjalne Australii i USA wykorzystują wspomniane struktury do organizowania działalności skierowanej przeciwko PRL.

3. Do programu działalności antypolskiej omawianych struktur aktywnie włączyły się centrala dywersji politycznej i «rząd londyński» […].

4. Zaistniała dla nas korzystna sytuacja, gdyż Departament Kadr MSZ zaproponował oficerowi drugiej linii Departamentu I MSW […] delegowanie go do pracy w Konsulacie Generalnym PRL w Sydney, co zwalnia nas z zabiegania o etat”.

Czynniki merytoryczne mieszały się więc z pragmatyką. Wniosek był zresztą dość typowy i schematyczny: w MSW niejako „z urzędu” kojarzono aktywność polskiej diaspory z zachodnimi służbami specjalnymi. Pismo Streji zostało zatwierdzone zarządzeniem nr 001/84 dyrektora Departamentu I z 30 września 1984 r. Określono w nim podstawowe zadania punktu operacyjnego, nie odbiegające od schematu funkcjonowania tego typu placówek. Jak stwierdzano, „Punkt Operacyjny realizuje działania wywiadowcze poprzez:

– kadrowych pracowników wywiadu zatrudnionych na określonych stanowiskach;

– agenturę, kontakty informacyjne i kontakty operacyjne;

– prowadzenie wywiadu bezagenturalnego”.

Ten ostatni, czyli „biały wywiad”, polegał na zdobywaniu informacji w sposób legalny (np. przez rozmowy z innymi dyplomatami). „Kontakty informacyjne” i „kontakty operacyjne” były dość luźnymi kategoriami osobowych źródeł informacji, nie implikującymi automatycznie istnienia sformalizowanej współpracy (choć też mogły ją oznaczać).

Jakie miały być owe zadania? Dotyczyły przede wszystkim polskiej społeczności w Australii: „Punkt Operacyjny realizuje zadania związane z uzyskiwaniem tajnych, wyprzedzających informacji dot. działalności wrogiej emigracji i jej powiązań z opozycją w kraju oraz prób wykorzystania struktur emigracyjnych do działań skierowanych przeciwko PRL i innym krajom socjalistycznym przez służby specjalne przeciwnika”. I znowu należy te słowa uznać za rutynowe i schematyczne. Oprócz tego punkt prowadził „klasyczne” kontrwywiadowcze zabezpieczenie placówek i obywateli PRL w Australii (co czynią służby każdego państwa).

W styczniu 1988 r. Muszyńskiego zastąpił 34-letni por. Aleksander Andrzejuk (pseudonim „Senga”), pracujący w wywiadzie od 1982 r. Już rok później w jego miejsce przyszedł mało doświadczony, ale zdolny 31-letni por. Marek Purowski (pseudonim „Bjorn”), pełniący tym razem funkcję wicekonsula ds. prawnych. Wtedy też – akurat w trakcie obrad okrągłego stołu – punkt operacyjny najprawdopodobniej rozrósł się do dwóch etatów („Sengi” i Bjorna”). Wiadomo też, że prawdziwą rolę „Bjorna” znał ambasador Antoni Pierzchała (w dokumentacji wywiadu danego ambasadora określano kryptonimem „Gospodarz”).

Tuż przed odlotem do Sydney, 18 lutego 1989 r., „Bjorn” przeszedł odprawę, którą poprowadził ówczesny wicedyrektor Departamentu I MSW ppłk. Henryk Jasik. W notatce z odprawy czytamy m.in.: „liczna Polonia (ponad 100 tysięcy) określa celowość pracy w tym środowisku. Szczgólny obowiązek takiej pracy wśród najnowszej emigracji, która ze względu na swoje wyższe wykształcenie i wysokie kwalifikacje jest atrakcyjna dla instytucji miejscowych, a tym samym może osiągać interesujące stanowiska […]. Działać trzeba selektywnie i rozważnie w konsultacji z Centralą. Trzeba dążyć do poprawnej aklimatyzacji w kolektywie. Dążyć do tworzenia przyjaznych, koleżeńskich stosunków, które sprzyjać będą cementowaniu się kolektywu i przeciwdziałać presji zewnętrznej, w tym służb specjalnych”.

„Bjorn” został również wyposażony w plan działań operacyjnych. Pokazuje on, że rozpoczęta właśnie transformacja polityczna w Polsce nie przełożyła się jeszcze na cele wywiadu, który pozostawał w swej naturze na wskroś komunistyczny. Przełożeni oficera podkreślali, że Australia „jest członkiem sojuszu zachodniego”, blisko współpracującym z USA, Wielką Brytanią i Japonią, starającym się w dodatku budować swą pozycję w rejonie Azji i Pacyfiku. „Na terenie Australii znajdują się trzy bazy wojskowe USA” – dodawano. Jednak to głównie aspekty gospodarcze i technologiczne miały być przedmiotem zainteresowania „Bjorna”. Szczególny nacisk położono na biotechnologię, inżynierię genetyczną, technologie informatyczne, a także – z dość oczywistych względów – przemysł zbrojeniowy czy energetykę jądrową. Oprócz tego „Bjorn” miał prowadzić „tradycyjną” inwigilację polskiej diaspory poprzez „dokumentowanie działalności wrogich ugrupowań polonijnych”.

Z punktu widzenia zainteresowań wywiadu ambasada PRL w Canberze miała mniejsze znaczenie – polska diaspora była tu znacznie mniejsza niż w Sydney czy Melbourne; nie tu załatwiano liczne sprawy konsularne. Sama ambasada była niewielka, zatrudniając na etatach dyplomatycznych zaledwie cztery osoby (w 1986 r.). Tu jednak dochodziło często do protestów prosolidarnościowych. Mimo to w ambasadzie działała tylko komórka znajdująca się w hierarchii ważności jeszcze o szczebel niżej od punktu operacyjnego, czyli ogniwo operacyjne. Ogniwo, obsługiwane przez Wydział X Departamentu I MSW, tworzyli „zwykli” szyfranci, z zasady nie prowadzący „ofensywnych” zadań wywiadowczych. Od ok. 1984 do 1990 r. byli to kolejno oficerowie o pseudonimach „Rando”, „Sote”, „Small” („Smal”, „Smol” – st. chor. Wiktor Krawczyk) i „Slim”.

Instrukcja wyjazdowa jednego z nich, Wiktora Krawczyka, ukazuje cele stawiane przed canberskim ogniwem operacyjnym: „podstawowym zadaniem Waszym będzie kontrwywiadowcze zabezpieczenie placówki; dbałość o przestrzeganie tajemnicy służbowej przez pracowników placówki w zakresie obiegu korespondencji szyfrowej, fizyczne zabezpieczenie budynku placówki oraz ew[entualną] realizację innych zadań doraźnych zleconych Wam przez Centralę”. Tylko to ostatnie zadanie wykraczało poza typową szyfrancką pracę. Co więcej, „przyjmujemy jako zasadę, iż na zewnątrz placówki żadnych czynności operacyjnych wykonywać nie będziecie. Ze względu na dobro służby nie wolno Wam zawierać znajomości ani utrzymywać kontaktów z obcokrajowcami”.

Działalność komórki była zatem ograniczona, a obsługiwana sieć agenturalna – więcej niż skromna.

O agentach – sprawie budzącej tak dużo emocji – napiszemy jednak w kolejnym odcinku.

Patryk Pleskot

Leave a Comment